Tuż po śmierci Krzysia, gdy ojciec byłej dziewczyny Jasia dowiedział się o tej naszej strasznej tragedii, postanowił przyjść nam z pomocą. Ma swoją firmę, która zajmuje się roletami i bramami. Jasiu zawsze żył w zgodzie z rodzicami swojej dziewczyny. Jej tato wiedział, jak bardzo będzie nam teraz ciężko. Od razu zaproponował składanie klipsów.
Można to robić w domu, siedząc w fotelu i oglądając telewizor. Na początku między mną a tymi klipsami nie było chemii. Właściwie, to ja ich nienawidziłam, bo przypominały i wciąż przypominają, dlaczego muszę to robić.
To nie jest tak, że brzydzę się pracą. Gdy Krzyś żył, to nie musiałam się o nic martwić. Jasiu mógł swobodnie studiować, nie martwiąc się o to, czy będzie miał zapłacone czesne. Jeśli można pomóc swojemu dziecku, to należy to zrobić.
Pamiętam, gdy Jasiu przywiózł do domu pierwsze kartony z klipsami i zaczął je składać. Ja bezczynnie siedziałam w fotelu i martwym wzrokiem gapiłam się w telewizor. Obok leżała świeża krzyżówka, której nawet nie miałam ochoty rozwiązać. Zero aktywności.
Widać jednak, że gdzieś w środku pośród tych złych emocji, które były przecież normalną rzeczą, miałam poczucie solidarności. To był jak impuls. Zapytałam się Jasia, "może i ja bym trochę poskładała?" Razem składało się szybciej. Teraz robię to sama, bo doszłam do wprawy. A poza tym, Jasiu cały dzień w pracy.
Tych klipsów w kartonie jest od 7 - 9 tys. Nawleka się je na specjalny plastikowy patyk. Bardzo monotonne zajęcie. Dla kogoś, kto lubił pracę, w której zawsze coś się działo i adrenalina była na porządku dziennym, to składanie klipsów jest udręką. Na dodatek są one zakurzone, a z racji mojej silnej alergii, robią mi się na palcach ranki. Jednakże, za coś trzeba żyć. Trzeba zacisnąć zęby i nie narzekać, a dziękować, że ktoś pochylił się nad naszym losem.
Kiedy spojrzę wstecz za siebie, to ile ja łez wylałam przy tych klipsach, jednocześnie chroniąc swoją głowę od moich pięści. Ile buntu z siebie wyrzuciłam. Ile wypowiedzianych przekleństw pod adresem swoim, naszych lekarzy i Boga
Taaa... Te klipsy, to jakby moja terapia. Ale wciąż jednak bolą. Więc staram się nie myśleć o nich jak o przymusie, lecz o czymś, co pomoże w realizacji celu i codziennym życiu.
Inaczej się nie da.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz