wtorek, 26 maja 2015

6 miesiąc.

  "Wszyscy jesteśmy tylko gośćmi w tym czasie, w tym miejscu. Jesteśmy tylko przejazdem. Naszym celem jest obserwować, uczyć się, rozwijać się, kochać... a potem wrócić do domu."

            Przysłowie Aborygenów.

   No cóż, dzisiaj mija szósty miesiąc od śmierci Krzysia. A dosłownie rzecz biorąc, gdy ogłosili śmierć pnia mózgu. Być może odszedł nocą. Nie wiem. 

   Jakoś trudno jest mi zaakceptować to przysłowie. Czy przekraczając 50 lat, nie można się jeszcze czegoś nauczyć? Jak to się ma do dzieci, które umierają zaraz po urodzeniu? Jestem przekonana, że wymyślił je jakiś starzec z brodą, zmęczony swoim życiem.

   Szczerze powiedziawszy, ja też już jestem zmęczona i raczej w swoim życiu niczego nie osiągnę. Ktoś by mi powiedział: "Zobacz, jak już długo wytrzymujesz! Jesteś na półmetku żałoby." Półmetku? Jakim półmetku? To, że wstaję z rana, nie znaczy, że żyję. Czy ryba bez wody jest w stanie przeżyć?

   Ktoś sobie wymyślił, że żałoba po mężu powinna trwać rok czasu i 6 tygodni. Muszą przeminąć wszystkie pory roku, aby dojść do równowagi psychicznej. Nie wiem, kto wymyśla takie bzdury? Każdy przeżywa na swój sposób. Niektórym rany nigdy się nie goją. Śmierć UKOCHANEJ osoby zmienia człowieka na zawsze. Jest się zupełnie kimś innym.

   Po pół roku stwierdzam, że jestem wewnętrznie upośledzona. Straciłam kogoś, kogo bardzo kochałam i wciąż kocham. Kogoś, kto był dla mnie powietrzem. Teraz się duszę. Wyrwano ze mnie wszystko. Patrzę na siebie w lustrze i widzę zupełnie obcą osobę. Jedyne, co się nie zmieniło, to moja miłość do Krzysia i niektóre zwyczaje, które wciąż mają miejsce.

   Gdy Krzysia nie było w domu, bo był w trasie, obok mojej poduszki, na Jego poduszce, leżała piżama, którą wciąż całuję na "dzień dobry" i na "dobranoc". A obok mojej kołdry, na Krzysia połówce łóżka, leży Jego koc. Kto nie przeżył rozłąki, ten może mieć mnie za wariatkę.Nie wyrzuciłam również ani jednej rzeczy, która należała do Krzysia. Ręczniki wiszą tak, jak je zostawił. Wszystkie przybory toaletowe i ubrania. Wszystko na swoim miejscu. Tak jakby żył. Jakby zaraz miał przyjechać do domu. Tak będzie zawsze.

   Wracając do tamtych okropnych dni, gdy lekarze wiedzieli, że nic nie da się zrobić, a ja walczyłam ze wszystkich sił o to, aby Krzyś przeżył, mam wciąż w pamięci moją rozmowę z neurochirurgiem. Powiedział, że może wypompować krew, ale to nic nie da. Że to nieetyczne. Że będzie umierał przez 3 miesiące. Może powinnam była bardziej naciskać? Kto wie, jakby to się potoczyło dalej? Czy powinnam mieć wyrzuty sumienia z tego powodu? Mówią mi, że nie. Nigdy nie chciałam, aby mój Gucio cierpiał. Powiedziano w klinice, że nie czuje bólu. 

   Podbijamy kosmos, konstruujemy nowoczesne roboty, a nie potrafimy poradzić sobie z ludzkim organizmem. Śmierć ma nad nami przewagę i tak naprawdę, to ona jedyna jest pewnikiem w naszym życiu. Nie przekupimy jej. Choć byśmy jej ofiarowali cały swój majątek, na nic by to się zdało.

    Śmierć jest okrutna, nie zna litości. A najbardziej odczuwają ci co zostali. Nie wiem, ile mi jeszcze zostało "życia" tu na ziemi. Praktycznie jestem już po części spakowana, bo tęsknota za Krzysiem coraz większa.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz