Czwartek, 19 marca 2015r.
Znowu w dołku. Kolejne wylane łzy. Już wczorajszego wieczoru się zbierały. Wiedziałam, że lada dzień będę miała kryzys. To się po prostu czuje. Zbiera się jak lawa w wulkanie, aż następuje erupcja.
Szłam z rana do miasta i gadałam sama do siebie. Po cichu. Tak, żeby nikt nie słyszał. Czułam się z tym trochę nienormalnie. Wyobrażałam sobie swoją twarz. Pewnie obraz nędzy i rozpaczy. Smutek i zrezygnowanie wymalowane na twarzy, a w sercu krwawiąca rana. Musiałam jednak się opanować, bo trzeba było zrobić zakupy. Rozmowa z sąsiadką i z miłym Panem z zieleniaka nie pomogła.
Gdy wróciłam do domu i tylko, co zamknęłam za sobą drzwi, rozpłakałam się jak dziecko. Już nie musiałam udawać. Mogłam sobie ulżyć. Tętno przyśpieszone, ciśnienie krwi wzrosło do 180/110. Zawsze po takim płaczu mam dreszcze. Słyszałam, że to mój Krzyś mnie obejmuje, aby mnie pocieszyć. Ale, czy ja wiem? Może to tylko takie pocieszenie, a tak naprawdę to wyłącznie reakcja organizmu na duży stres? Naukowiec powie, że na pewno to drugie. Ja jednak wolałabym, aby to pierwsze.
Jest godzina 15:11 i już nie płaczę, choć nie wiem, co będzie w dalszych godzinach. Mam wrażenie, że jeszcze coś siedzi we mnie. Albo wróci dzisiaj, albo dopiero jutro. Aby dokończyć to, co nie udało się wydobyć za pierwszym razem. Po to, aby kolejne dni jakoś funkcjonować. Aby móc od czasu do czasu się uśmiechnąć.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz