środa, 4 marca 2015

Dwie sprzeczności.

Mówią na nie "wymarłe miasto". Gera, Turyngia. Nienawidzę tego miejsca, a zarazem ciągnie mnie jak magnes. Może dlatego, że tam po raz ostatni widziałam swojego Męża. Ocean wylanych łez przy Jego szpitalnym łóżku. Setki próśb o choćby najmniejszy odruch. Przekonywanie lekarzy, że niekoniecznie to, co wygląda beznadziejnie, takie jest. Szukanie pomocy u polskich lekarzy. No, ale cóż mogli poradzić, gdy nie widzą pacjenta. Znali tylko rozpoznanie. Nikt nie dawał Mu szansy na przeżycie. Modliłam i kłóciłam się z Bogiem. Zarzucałam Mu, że mieliśmy tak niewiele, a jeszcze i to nam kradnie. Jak mam w Niego wierzyć, gdy zadaje takie ciosy? Jak pogodzić obietnice zawarte w Piśmie św. z czarną rzeczywistością? Ale wciąż wierzyłam. Wbrew wszelkiej logice. Do samiutkiego końca. Niestety, na nic zdała się moja wiara, na nic moja miłość. Przyszła godzina i trzeba było się pożegnać. I nagle poznałam nowe okropne wyrażenie "już nigdy". Trzeba było jeszcze na miejscu trochę zostać. Pozałatwiać papierkowe sprawy. Dobrze, że spotkaliśmy na swojej drodze życzliwych ludzi, którzy nam pomogli. Dobrze, że był ze mną nasz Syn, który nie stracił głowy. Ja byłam nieobecna. Przed powrotem do domu, czekając na ławce przy samochodzie, umiałam tylko płakać. Z jednej strony chciałam jak najszybciej wracać do domu, a z drugiej bardzo się bałam. Wiedziałam, że zastaniemy w nim ogromną pustkę.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz