poniedziałek, 2 marca 2015

3 miesiące wcześniej.

Jako żona kierowcy zawsze bałam się jednej rzeczy. Że któregoś dnia przyjdzie do mnie policja i powiadomi mnie o tym najgorszym. Niestety, stało się! 22 listopada 2014r w sobotę przyszło dwóch Panów i gdy powiedzieli, skąd są, wiedziałam, o co chodzi. Dlaczego? Bo Krzyś miał przyjechać na weekend, a od piątkowego wieczoru nie dawał znaku życia. Nogi się pode mną ugięły. Powiedzieli, że Mąż leży w stanie krytycznym, w niemieckiej klinice. Dziesiątki pytań zadawanych przez nich, a ja tylko miałam w głowie "Idźcie już sobie, muszę tam zadzwonić!". To, co usłyszałam brzmiał jak wyrok śmierci. "Raczej z tego nie wyjdzie, ale że młody organizm, to może potrwać", powiedziała lekarka. Nie wierzyłam w to, co słyszę. "To na pewno musi być sen!" Nie był. Telefon do Syna i decyzja :"Jedziemy do Gery!". Nieważne, że 350 km. Nawet 2 razy tyle nie stałoby na przeszkodzie.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz