czwartek, 26 marca 2015

4 miesiące.

"Coś się tu nie zaczyna
 w swojej zwykłej porze.
 Coś się tu nie odbywa
 jak powinno.
 Ktoś tutaj był i był,
 a potem nagle zniknął
 i uporczywie go nie ma."

               - Wisława Szymborska.

      Dzisiaj mijają 4 miesiące od śmierci Krzysia. Pomimo, że Jego stratę odczuwam bardzo realnie, to wciąż trudno w to uwierzyć. Może dlatego, że czuję Jego obecność. Tę duchową, oczywiście. Chciałabym, żeby tak właśnie było. Żeby nie było to tylko moją wyobraźnią, iluzją czy halucynacją.

             Niestety, człowiek ma w sobie to coś, żeby uwierzył, musi mieć jakiś namacalny dowód. Nie wystarczą same odczucia. To pomaga, ale tylko na krótką metę. Brakuje mi fizycznej obecności Krzysia. Jego dotyku, głosu, śmiechu, po prostu wszystkiego. Nawet głupiej sprzeczki.        

              Zdaje się, że znalazłam się na etapie żałoby, gdzie dominuje duży smutek i stan depresyjny. Płaczę coraz więcej. Jedynie chwile spędzane w towarzystwie Jasia i gdy oglądam swoich ulubionych "Chirurgów", to dają mi niewielkie rozluźnienie. Niby nic, ale wystarczy, aby zaczerpnąć nieco oddechu. Specjaliści twierdzą, że faza ta trwa najdłużej, bo kilka miesięcy. I jest bardzo niebezpieczna, bo pojawiają się myśli samobójcze. Ja takowych nie mam. Chyba tylko dzięki Synowi, bo dla Niego teraz żyję. Nie chcę, żeby został sam na tym świecie.
                
             Krzyś śni mi się. Bardzo często. I te sny z Jego udziałem są takie realistyczne, jakby to się działo na jawie. Niestety, trwają bardzo krótko. Za to pojawiają się regularnie, co weekend. A czasami wpadnie w środku tygodnia, gdy mam kryzysowy dzień. Na początku bardzo cierpiałam po przebudzeniu. Bo myśląc, że obok mnie śpi Krzyś, widziałam puste miejsce. Teraz z utęsknieniem oczekuję na weekend i chciałabym, abym mogła te sny mieć do momentu, w którym po raz ostatni zamknę moje oczy.

                

                
                

                
     

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz