"Święta, święta i po świętach" - tak mawiają. To była pierwsza Wielkanoc bez Krzysia, a ja mogę odetchnąć z ulgą, że już te Święta się skończyły. To były trudne dni, a ja nie czułam tej radości, co w poprzednich latach. Bo jak można cieszyć się ze Zmartwychwstania Pańskiego, gdy nie ma blisko Ukochanej Osoby, a przez co moja wiara legła w gruzach?
W Wielką Sobotę zrobiłam sałatkę jarzynową, odkurzyłam mieszkanie tak, żeby za brudno nie było. Z koszyczkiem do święcenia ani ja nie poszłam, ani Jasiu. Zawsze chodził Krzysiu. Więc jedliśmy jak ludzie niewierzący. Nawet nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Nie będę się zmuszała do czegoś, do czego straciłam ochotę i przekonanie.
W południe miałam dwa telefony z życzeniami. Najpierw zadzwonił Wojtek, brat Krzysia. Czułam, jak bardzo Mu ciężko było składać nam życzenia. W takich chwilach, gdy rodzina powinna być razem, a brakuje najważniejszej osoby, to cóż można powiedzieć? Zresztą ja też mam z tym problem. Gdy zmarł ktoś z sąsiadów, ciężko było dobrać odpowiednie słowa. Przy okazji dostaliśmy z Jasiem zaproszenie do Wojtka i Magdy, Jego żony, na przyszły weekend do Poznania. Z chęcią bym pojechała. Ale nie jestem jeszcze gotowa na wizyty. Zawsze wszędzie razem z Krzysiem jeździliśmy. Oni, na całe szczęście doskonale to rozumieją. Wspaniali ludzie.
Nieco później zadzwonił Wujek Roman. To osoba ze strony Krzysia. Nawet na oczy tego krewnego nie widziałam. Mieszka niedaleko Kielc. Dowiedział się o śmierci Krzysia i postanowił zadzwonić. Powiedział, że w tym wypadku, to dobrze, że tak się stało. Bo mieć w domu sparaliżowaną osobę, to udręka dla niej samej i dla mnie. Zacytuję "Niech Bozia da Krzysiowi Niebo, a Tobie Dorotko, odpoczynek". Nie wiem, co mam na ten temat myśleć. Może jestem egoistką, może tak bardzo pragnę obecności Krzysia, że opieka nad Nim nie przeszkadzałaby mi? A czy w ogóle musiał dostać tego udaru krwotocznego i to w wieku 50 lat?
W Niedzielę Wielkanocną po 6 rano obudziła mnie orkiestra, która grała na procesji rezurekcyjnej. Jak ja kiedyś z wielkim przejęciem czekałam na tę Mszę! Wręcz nie mogłam się jej doczekać! A, gdy organy kościelne zaczęły grać Tedeum, a wypełniony Kościół zaczął śpiewać, po plecach przechodziły dreszcze, w oczach pojawiały się łzy. Zawsze z Krzysiem chodziliśmy na Rezurekcję. Praktycznie, to ja Go wyciągałam na początku, ale potem chodził chętnie. Pamiętam, że w zeszłym roku, gdy spotkał nas Tato mojej koleżanki, powiedział "Lubię na Was patrzeć. Tak ładnie razem wyglądacie". Bo my idąc, wciąż trzymaliśmy się za ręce. Nawet po 25 latach małżeństwa. Niestety, to zostanie tylko miłym wspomnieniem, które będzie powodowało łzy w moich oczach.
Po obiedzie pojechaliśmy z Jasiem odwiedzić moich rodziców. Zauważyłam, że coraz trudniej jest mi rozmawiać z moim Ojcem. Twierdzi, że On zajmując się Mamą chorą na Alzheimera ma gorzej ode mnie. Przecież nawet nie wie, co czuję w środku. Nie próbuję Go przekonywać, bo w takich sprawach licytacja nie ma sensu. Niedawno Mu wyznałam, że czasami Mu zazdroszczę. Że ma czas wypełniony po brzegi. Że też, gdyby Krzysiu z tego wyszedł, to bym się Nim opiekowała. Nie czuło by się tej paskudnej pustki. Jeden Człowiek "odszedł", a czuć tak, jakby cały świat przestał istnieć.
Nie mogło również zabraknąć wizyty na cmentarzu. Byliśmy w niedzielę i w poniedziałek.
Paskudna ta Wielkanoc. Taka martwa. Niezgodna z założeniem, jaka powinna być. Widziałam po Jasiu, że też Mu ciężko było, choć nie dawał tego po sobie poznać. Ja także starałam się robić dobrą minę do złej gry. I jedyna rzecz, która mnie choć na trochę rozweseliła, to komedia polska "Kochaj albo rzuć".
Widzę, że za oknami świat powoli rozkręca się po świątecznym okresie. Tylko ja wciąż w tym samym martwym punkcie.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz