poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Poskromiony bunt.

   Stare porzekadło mówi, jeśli nie możesz pokonać wroga, to się do niego przyłącz. Nie jestem zwolenniczką takich rozwiązań. Musiałaby być to jakaś wzniosła i pozytywna idea, abym dała się namówić. Jednakże nie obracam się w świecie agentów, mój kraj nie toczy wojny... Chodzi tu o zwykłe codzienne życie i zmaganie się z każdym dniem i każdym czynnikiem, który może wywołać płacz. Bo jakby nie patrzeć, to każda najmniejsza rzecz może go spowodować po bolesnej stracie Krzysia.

  Taką rzeczą są kijki do Nordic Walking. Pamiętam dokładnie dzień, w którym je kupiliśmy. To była czerwcowa sobota. Dzień, w którym na siłę zaciągnęłam Krzysia na pogotowie, bo miał duszności w klatce. Spędziliśmy tam kilka godzin po południu. Okazało się, że miał stan przedzawałowy. Człowiek nie pił, nie palił, uprawiał sport, dobrze się odżywiał, a jednak. Zrobiono koronarografię i wydawało się, że będzie wszystko w porządku. Ale o tym kiedy indziej.

   Po szpitalu Krzysiu miał dwa miesiące wolnego. Woził mnie na stadion, abym mogła sobie chodzić trochę na tych kijkach. Niezbyt dużo. Żeby bioder za bardzo nie obciążać. Kupiłam je sobie po to, aby zrzucić parę kilogramów. W 2011 r schudłam 30 kg, a potem dopadł mnie efekt jo-jo. Nie tak tragiczny, ale dość duży, abym źle się z tym czuła. Po wolnym Krzyś pojechał w trasę, a ja chodziłam na kijki sama. Znalazłam sobie trasę, którą chodziłam. Codziennie zdawałam relację Krzysiowi, czy było "kijaszkowanie", czy też nie.

   Na wiosnę Krzyś miał mi kupić buty, takie specjalne na kijki. Abym nie musiała w trampkach się męczyć. Zresztą, po mojej operacji nie mogłam forsować się przez pół roku. Tak więc stały sobie  te kijki za drzwiami, w rogu pokoju i czekały na wiosnę. Niestety, okrutna śmierć była szybsza.

   Oznajmiłam Jasiowi, że skoro Krzyś nie kupił mi butów, to nie będzie kijków. Nie będę chciała na nie chodzić. Nie ma mowy! Ale, gdy zrobiło się naprawdę ciepło, zauważyłam, że tych kilogramów jest więcej niż po efekcie jo-jo. Raz, że brak ruchu po operacji, a dwa to ogromny stres po śmierci Krzysia. Ludzie różnie reagują na stres. Jedni chudną, a inni tyją. Musiałam podjąć męską decyzję.

   Przeprosiłam się dzisiaj z kijkami. Położyłam na szali swoją wagę i bunt. Zwyciężył rozum. Stwierdziłam, że buntem nic nie zdziałam. Nie poprawi mi się od tego kondycja. Ani psychiczna, ani fizyczna. Nie stać mnie na kupowanie nowych ciuchów i, że wolę bardziej zainwestować w swoje zdrowie. Tak by Krzyś mi doradził. Dbał o moje biodra i zawsze się o nie martwił. 

   Nie było mi łatwo wyjść na te kijki. Wszędzie zielono, wszystko kwitnie, a UKOCHANEJ osoby brak. To boli. Jednak dałam radę i przed zaśnięciem opowiem o tym Krzysiowi. Może mi się przyśni i powie: "Bardzo dobrze zrobiłaś. Tylko chodź ostrożnie, żeby się nie przewrócić"

   Jak się teraz czuję? Jestem dumna, bo udało mi się poskromić bunt. Za tą dumą maszeruje również smutek, bo te kijki są wyłącznie koniecznością. I nie sprawiają mi radości co dawniej.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz