- Tahereh Mafi "Sekret Julii".
Dzisiaj mija 5 miesiąc od śmierci Krzysia. Dokładnie pamiętam, że była to środa w słoneczny listopadowy dzień, gdy z Jasiem jechaliśmy do Gery. Mieliśmy jechać dopiero w czwartek, ale pani doktor zadzwoniła i powiedziała, że wtedy może być za późno. Nie, nie chciałam w to wierzyć. To nie możliwe, że to już! Że tak szybko. Za wcześnie! Musi być jeszcze jakaś nadzieja!
Pojechałam do pobliskiego szpitala, do neurochirurga. Po pomoc. Pan doktor nie dawał żadnych szans. W drodze powrotnej do domu wstąpiłam do kościoła Kapucynów. Pomodliłam się, wzięłam obrazek Ojca Pio. Chciałam go położyć na sercu Krzysia, bo to był Jego ulubiony Święty. W zakrystii przy kościelnym rozpłakałam się jak małe dziecko. Zostałam na Mszy św., która była poświęcona pewnemu małżeństwu, które żyło wiele lat temu i nawet śmierć małżonka nie pozbawiła wiary w Boga u owdowiałej kobiety. Co za zbieg okoliczności! Czy ta Msza miała mnie przygotować na to najgorsze?
Następnego dnia wyruszyliśmy do Gery. W lewej kieszeni płaszcza miałam obrazek Ojca Pio, a w drugiej kieszeni przez całą drogę ściskałam różaniec, mając wciąż nadzieję na cud. Kiedy tak jechaliśmy, a było to już na terenie Niemiec, zobaczyliśmy przy takim "moście", siedział samotnie ptak z rodziny krukowatych. Tak, jakby czekał na nas. Przez chwilę pomyślałam, że to może być zły znak, ale szybko wygoniłam te przeklęte myśli z mojej głowy. Gdy go minęliśmy, on również poleciał.
Kiedy ogłoszono śmierć Krzysia i gdy pozwolono posiedzieć nam przy Jego łóżku do drugiej w nocy, bo o tej porze były pobierane organy od Niego, to i tak w sercu była taka nadzieja, że być może jeszcze nic straconego. Nawet Jasiu mi się przyznał, że gdy wyszłam na papierosa, to kilkakrotnie sprawdzał, czy Krzyś nie ma żadnych odruchów. A ja? Będąc na drugi dzień w klinice zapytałam się lekarza, czy operacja pobrania narządów przebiegła pomyślnie? Miałam nadzieję, że usłyszę, iż Krzyś ich wykiwał, bo stał się cud. Ale usłyszałam, że wszystko przebiegło pomyślnie. Wtedy dopiero śmierć Krzysia naprawdę stała się faktem.
Czy coś się zmieniło w mojej duszy od śmierci Krzysia? Absolutnie nic. Tęsknota za Nim i pustka z każdym dniem jest coraz większa. Osamotnienie również. Płacz może nie jest tak intensywny jak na początku, ale ból wciąż jest ten sam. I wiem, że nigdy nie zniknie. Funkcjonuję, a nie żyję. Nie dla siebie. Dla Jasia. Żeby miał kto na Niego czekać, gdy wróci do domu. Nikt przecież nie chciałby zostać sam jak palec na tym okrutnym świecie, pozostawiony sam sobie.
Tyle mogę!

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz