środa, 17 czerwca 2015

W labiryncie.

  "[...] ale ja jestem tylko prostym człowiekiem, który utracił swój świat i jest w trakcie odnajdywania nowego świata. Jest to bolesna droga i daleko jeszcze do jej końca"

             Marlen Haushofer.

  Sobota wieczór. Telefon od Magdy. 2 godziny rozmowy, która poprawia mi humor i  jednocześnie pozwala wyrzucić z siebie część żalu i moich spostrzeżeń. Czuję ulgę i przypływ energii. 

   Niedziela rano, włączam TV i oglądam stary film. Dobra energia wciąż mnie trzyma. Na ile jej starczy? Na krótko. Wystarczyła jedna chwila wyobrażenia, że być może teraz bym była ze swoim Guciem i w efekcie tego polały się łzy. Okropne! Kolejne wypłakiwanie bólu i rozdzieranie wnętrzności. Już od tego wszystkiego zaczęłam mieć problemy z żołądkiem, pulsem. 

   Wczoraj byłam u cioci. W zeszłym roku też została wdową. Pytała się mnie, czy dochodzę do siebie? Opowiedziałam Jej, jak to wygląda. Że pół dnia mogę być w "dobrym" nastroju, a drugą połowę dnia przepłaczę. Że wiele rzeczy robię z przymusu, aby choć na trochę oszukać mózg. U Niej jest tak samo. Powiedziała, że chyba będzie już tak do końca. Też mi się wydaje. 

   To nie takie proste przejść nad tym do porządku dziennego. Czuję się tak, jakby mnie wsadzono do jakiegoś labiryntu. Bez żadnej podpowiedzi, w którą stronę mam iść. Czasami mam wrażenie, że przedostaję się do kolejnej otwartej furtki, a tu... kolejny mur, z którym muszę się zmierzyć. 

   Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się wyjść z tego labiryntu? A jeśli tak, to jakim człowiekiem wówczas będę? Jedno co wiem na dzisiejszy dzień, to że jestem bardzo zmęczona.

   

   

  

 

  

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz