Wespazjan Hieronim Kochowski.
A więc to już dziś 9 miesiąc od śmierci Krzysia. Nie do wiary, że przetrwałam tyle dni bez Niego. 270 dni. Ile to godzin, minut, sekund? Nie liczyłam. Bo i po co? Po to, żeby mieć wynik wielocyfrowy i świadomość, że jest się silnym?
Wcale nie jestem silna. Gdybym była, poleciałabym od razu za moim Guciem. Ale wciąż trwam przy tym moim nędznym życiu.
Tak, moje życie straciło blask. Bo "ktoś" sobie wymyślił, że starczy wspólnej wędrówki przez życie. W imię czego, pytam się?!
To pytanie często sobie zadaję, gdy chodzę na kijki. Może za słabo kochałam Krzysia i śmierć postanowiła wziąć Go w swoje objęcia? Może sobie na to zasłużyłam? Jasiu twierdzi, że bzdury gadam. Że niejednokrotnie udowadniałam miłość do Gucia. Tak się stało i już! Ale ta odpowiedź mnie nie wystarcza.
Czytając niektóre blogi i przeglądając fora internetowe, często zwracam uwagę na pewne zdanie: "Zamiast mojego męża, to ja powinnam umrzeć. Mój mąż powinien żyć" Może dla niektórych wyda się to upiorne, ale ja dla Krzysia nie chciałabym takiego życia, jakie mam teraz. Życia pełen smutku, samotności, niestabilności emocjonalnej. Życia bez przyszłości.
Nie wiadomo za co, nie wiadomo po co?
Kochałam i wciąż kocham mojego Gucia i wiem, że On też mnie kochał. Że byłam dla Niego ważna. Troszczyliśmy i martwiliśmy się nawzajem o siebie. Z powodu Jego pracy często to było na odległość, ale to i tak zawsze było "razem".
Kolejny raz stwierdzę, że to niesprawiedliwe. Miłość powinna być nagradzana długim wspólnym życiem. Nam nie było dane.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz