"Mówią, że kiedy rodzi się człowiek, z nieba spada dusza i rozpada się na dwie części. Jedna trafia do kobiety, a druga do mężczyzny. Sens życia polega na odnalezieniu tej drugiej połowy. Połowy swojej duszy. Połowy siebie."
Paulo Coelho.
Dzisiaj jest bardzo ważny dzień. Rocznica naszego ślubu. Obchodzilibyśmy ją wspólnie już po raz 26 - ty. Niestety, dane nam było przeżyć razem jedynie 25 lat. A w zeszłym roku zapowiadało się tak wspaniale...
Z Krzysiem zapoznałam się 7 lutego 1989r. Ja pracowałam w szpitalu, a On jeździł w komunikacji. Pamiętam dobrze tamten dzień. Jechałam do pracy na dyżur, a Krzyś akurat miał kurs, którym musiałam dojechać do Zielonej Góry. Zaczepił mnie, gdy wsiadałam do autobusu i tak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać.
Prawdę powiedziawszy, to już wcześniej zwróciłam na Niego uwagę. Gdy swoim autobusem podjeżdżał na stanowisko, opierał się łokciem o kierownicę i obserwował ludzi. Myślałam sobie, "Co za dziwny człowiek. Siedzi i patrzy." A tu proszę. Minęło kilka miesięcy i już byliśmy zaręczeni, a po następnych byłam Gucia żoną.
Nie mieliśmy hucznego wesela. Oboje nie chcieliśmy. Uważaliśmy, że to niepotrzebna strata pieniędzy. Było skromne przyjęcie u mnie w domu.
Dlaczego Krzyś został Guciem? Nie, to nie było z powodu Jego wagi. Był szczupłym facetem.
Kiedyś coś do Niego mówiłam, a raczej chyba marudziłam, bo powiedział, że ja taka marudna jak pszczoła. Że jak się czegoś uprę, to drążę i drążę. Jak to w małżeństwie. Nie zawsze jest kolorowo. Na początku, to żeśmy się docierali... Najważniejsze, aby się KOCHAĆ i szanować nawzajem. A niekiedy i iść na kompromis. Zażartowałam wtedy, że mogę być "Pszczółką", ale musi być do pary "Gucio."
Po tym czasie nigdy nie zwracaliśmy się do siebie po naszych imionach. Krzyś do mnie "Pciółka" (zdrobnienie), a ja do Krzysia "Guciolku".
Nie będę opisywała naszych 25 lat małżeństwa, bo to mija się z celem. Mogę jedynie stwierdzić, że zbyt szybko skończyło się nasze wspólne życie, które od I -wszej rocznicy ślubu zaczęło być pełne obaw. Dlaczego? Bo wtedy zmarła moja teściowa. Gdy każdego roku zbliżał się 7 październik, w moim sercu nastawał lęk. Bo jak tu się nie bać, skoro matka mojego męża umiera dokładnie rok po naszym ślubie. Dopiero mogłam odetchnąć, gdy ten dzień mijał i na całe szczęście nic złego się nie zdarzyło. Tak było do zeszłego roku, gdy 7 października zmienił się w 26 listopada i mój Gucio podzielił los swojej matki.
To wcale nie jest tak, że jak druga połowa umiera, to umiera miłość. Ona wciąż trwa. I być może jest jeszcze większa niż kiedyś, bo połączona z ogromną tęsknotą.
Mam nadzieję, że kiedyś ta tęsknota będzie nagrodzona. Że mogę mieć nadzieję, aby powiedzieć: "Będziemy mieli Guciolku dla siebie całą wieczność."

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz